Wiersze

Wiersze przedstawione w niniejszym zbiorze pochodzą ze zbioru: Joachim Ringelnatz, Gedichte und Prosa in kleiner Auswahl, Diogenes Verlag AG, Zürich 1995.

Diogenes

Psst

Spokojnie śnij swój sen.

Gdy ostatniemu już przestaniesz ufać,
Zamknij drzwi,
A do tego jeszcze okna,
Żeby nie dało się wyglądać.

Cichy pozostań w swym milczeniu
Niczym ktoś całkiem niewidzialny.
A co się potem będzie działo,
Nie z twojej woli już nastąpi.

I w najciemniejszym zakamarku
Księgę bez słów odczytuj.

To co mamy, to co mieliśmy,
To co...
Pewnego ranka wszystko zniknie.

Wiejski deszcz

Deszcz szemrze. Deszcz
Szemrze już od wielu dni.

Żuczki toną
W przydrożnych, pełnych błota rowach...

Gracze (mal. J. Ringelnatz)
Gracze (mal. J. Ringelnatz)
Las odpoczywa.
Migocą sobie świeże liście.

W poszumie deszczu ptaki
Milczą, wcale nie dają
Żadnych oznak.

Tak szumi muzyka wieczności.

Tymczasem poszukuję wzrokiem
Bodaj maleńkiej iskry światła
I prawie wstydzę się przed sobą,
Że tęskno mi za ziarnkiem kurzu.

Dłużej naprawdę już nie zniosę
Listowia chłodu i brzemienia.

Logika

Chłodno było i gwiezdnie tej nocnej chwili,
Gdy morzem dryfował obok Norderney
Włos z wąsa jakiegoś Suahili.-
Zegar z łajby odmierzał trójki skraj.

Coś mi w tym jednak nie pasuje,
Więc z mocą logiki pytam tak:
Co robi włos jakiegoś Suahili
Nocą o trzeciej koło Kattegatt?

Skrawkowi sznurka

Sznurku, o którym myślę,
Krótki byłeś i to było dawno temu.

Bez ciebie byłoby nam ciężko,
Byłoby nawet beznadziejnie.

Z ulicy cię podniosłem,
A ty pomogłeś
Mnie i mojej żonie. Dziękujemy ci,
Moja żona i ja.

Sznurku, cieniutki drobiazgu,
Dla mnie stałeś się powrozem,
A był to czas głodu.
Tamtej nocy bez ciebie
Nie przytaszczyłbym worka ziemniaków.

Malowanie majowymi chrabąszczami

Wsadź majowe chrabąszcze do atramentu. (Mogą to być także muchy).
Jeszcze lepszy jest atrament w dwóch kolorach, czarnym i czerwonym.
Ale nie daj im tam leżeć zbyt długo,
Bo zdechną.
Niekoniecznie zaczynaj od obrywania im skrzydełek.
Potem musisz prędko puścić je na łóżku
I tak zaganiać ołówkiem,
Że wygryzmolą wyłącznie wesołe obrazki i słowa.
Jednego razu napisały przy mnie cały wiersz.
- - - -
Kiedy przyjdzie twoja matka, zrób głupią minę;
Powiedz wprost: "To nie byłem ja".

Bumerang

Dom przy Bonnerstrasse 2
Dom przy Bonnerstrasse 2,
gdzie mieszkał Joachim Ringelnatz
- w latach międzywojennych mieściła
się tu berlińska kolonia artystyczna


Bumerang razu pewnego
Był dłuższy od modelu zwykłego.
Poszybował w przestworza jak raca,
Ale potem za nic nie wracał.
Więc publiczność bez chwili wahania
Rozpoczęła godziny czekania.

Bez końca będę powtarzał

Bez końca będę powtarzał,
Że moje wiersze to śmieci.
Idee zamierzam dźwigać
Z uporem kmieci.

Nie chcę ich wcale ulepszać,
Chociaż nadzieja mnie kusi
I jedna myśl mi przyświeca:
Lepiej być musi.

Bezdomni

Omal
Nie umarłem z wrażenia:
W domu, gdzie byłem
Gościem, w ukryciu
Zaszurała,
Poruszyła się
Znienacka gdzieś za deską
W skrzyni obok schowka
Beznoga,
Niema, obca i sympatyczna
Świnka morska.
Spojrzała na mnie ze strachem,
Popatrzyła na mnie przeciągle,
Zadumała się nad tym i owym,
Aż wreszcie
Nabrała odwagi
I spytała:
"Gdzie jest morze?"

Moje zelówki

Złodziej gęsi (mal. J. Ringelnatz)
Złodziej gęsi (mal. J. Ringelnatz)


Zelówki moich butów
Były mi zawsze bliskie,
Chociaż je rzadko oglądałem.

Były życzliwe podeszwom moich stóp.

Wieczny niepokój lgnie do nich,
Błoto i krew, a bywa, że nawet złoto.

Zdzierały się dla mnie
I tak rzadko widywały światło.

Kto nie potrafi kochać własnych
Zelówek, ten nie kocha też dusz.

Od kilku dni bardzo mi
Ciężko na sercu.
Muszę do szewca zanieść moje zelówki,
Bo inaczej już mnie one nie poniosą.

Statek 1931

Zgoła fatalny wiatr mamy,
Znosi nas z obranego kierunku.
Jednak pozycję swą znamy,
Choć zamarzamy.

Ci, co się czują ponad to,
Nie powinni śmiać się jak dzieci.
Nadejdzie kiedyś poranek,
Co ich oślepi.

Statek, na którym jestem,
Bezbrzeżne otchłanie przecina.
Spytacie zapewne: "Dokąd?"
Ze mnie prosty marynarz.

Mrówki

W Hamburgu dwie mrówki mieszkały,
Co do Australii wędrować chciały.
Lecz pod Altoną na skraju drogi
Rozbolały je strasznie nogi.
Dały więc dowód mądrości duży
Rezygnując z ostatka podróży.

Piosenka o krowie morskiej
(Szanta na wybieranie liny)

Popiersie Ringelnatza, dłuta R. Sintenisa
Popiersie Ringelnatza, dłuta R. Sintenisa


Dwanaście ton ma krowa morska
I żyje w morzu na dnie.
Ohej! - Uha!
Jak ja i ty ma durną minę,
Robi pięć węzłów na godzinę.
Ohej! - Uha!

Czasem wynurzy się z otchłani,
Ogonem wodę chlaśnie.
Ohej! - Uha!
Wówczas spokojną toń przykrywa
Biała, spieniona morska grzywa.
Ohej! - Uha!

Na udar mózgu cierpi krowa
I pachnie goździkami.
Ohej! - Uha!
Lubi ukrywać się pod wodą,
Doi się raciczkami.
Ohej! - Uha!

Tabakierka

Historyjka tabakierki,
Którą sam Fryderyk Wielki
Wyrzeźbił z kawałka drewna;
Swego wdzięku była pewna.

Kornika zwabił drewna aromat,
Lecz tabakierka nieświadoma
Wszczęła przydługie opowiadanie,
Sławiąc królewskie panowanie.

Szczodrym nazwała starego Fryca,
Ale kornika to nie zachwyca.
Zaczyna drążyć w głąb tabakierki:
"Cóż mnie obchodzi Fryderyk Wielki!"

Rzecz o olśnieniu małego znaczka

Rzecz o olśnieniu małego znaczka.
Nim się zaczęła jego tułaczka,
Pewna księżniczka go polizała.
Tak się ta miłość narodzić miała.

Chciał odwzajemnić jej pocałunek,
Lecz musiał obrać inny kierunek.
Wybuch uczucia spełzł więc na marnym.
Oto jest tragizm egzystencjalny!

Na ostrej krawędzi

Pusty wózek dziecięcy stał
Nad stromym urwiskiem,
Kiedy wieczorem tamtędy przechodziłem.
Dziecka nie było w środku,
Ani nikogo dorosłego obok.
W zasięgu wzroku ani żywej duszy.

Z boku leżały jednak powijaki,
A w wózku konik na ledwo trzech
Drewnianych nóżkach. - - I zaklejona koperta.

Znad urwiska wzrok biegnie hen w morze,
Które nisko w dole hucząc
Tłukło się w płomiennej pożodze,
Nieustannie przetaczało i kłębiło.

Na horyzoncie statek. Skąd płynął?
Dokąd? Nie było wcale widać
I w tym tkwił właśnie dziwny niepokój.

Jedno poczułem: tutaj dano upust
Desperacji.

Piosenka

Ringelnatz przy pracy
Ringelnatz przy pracy


Czas gdzieś umyka.
Kruchość powoi.
Mleko powstaje.
Dojarka doi.

Mleko skwaszone.
Prawda milkliwa.
Dojarka zmarła.
Skrzypek wygrywa.

Ciche maszyny

Na pagórku wesoło
Cztery skrzydła wiatraka
Mielą w koło.

Daleko od brzegu łacha kamieni.
Z niej latarnia rozsiewa
Snopy promieni.

I kiedy tak się ciągle obraca,
Statek zbłąkany do portu wraca.
Ktoś pacierz cichy mruczy bezwiednie
O chleb powszedni.

Milcząc wiruje wskazówka zegara;
Bardzo się stara.

Ależ ja za tobą przepadam

Ależ ja za tobą przepadam!
Niczego ci nie pożałuję.
Ja ci z własnego pieca
Kafelek podaruję.

Nic złego ci nie zrobiłem,
A teraz mi ciężko na duszy.
Wzdłuż kolejowych nasypów
Siatka żelazna się puszy.

Chociaż minęło, nie wróci,
Pamięć zachowa to świetnie.
Jadę.
Wszystko, co trwałe,
Milczy dyskretnie.

Czas ma wieczności
Postać.
Pies szczeka.
Nie czyta.
Nie pisze.
My nie możemy tu zostać.

Dziurki to sedno rzeszota,
Ze śmiechem w głosie
Powiadam.

Ależ ja za tobą przepadam.

Żaglowce

mal. J. Ringelnatz
mal. J. Ringelnatz


Pod brzuchem mają mocne morze,
A nad głową gwiazdy i chmury.
Boskim tchnieniem gnane bez końca,
Wzrokiem sięgają do góry.

W dłoniach losu z kokieterią bujają
Niczym pijane motyle,
Lecz troskliwie po świecie rozwożą
Cennych towarów tyle.

Jakże kładą się, kołyszą na wietrze,
W lin rynsztunku przecinają bałwany.
Czysty artyzm, triumf spokoju,
Wysiłek nie-zmarnowany.

Wolnością kipi i pachnie światem.-
One są z desek, zwyczajna natura.
Statki żaglowe. Ich widok cieszy,
Myśl już nie jest ponura.

Cassel
(Karpie na Wilhelmstrasse 15)

W sklepie wpakowali je
Do przytulnej wanny.
Tutaj wolno im pływać.
Na oko cokolwiek stłamszone, zmęczone -
Ale od środka
Jaka chęć życia.
Zaklęcia szepczą niczym czarodzieje,
Jakby chciały nimi odświeżyć swoją wodę.
Niemo żują pyszczkami majonez
I śnią, że oskrobano je pod włos,
Podzielono w dzwonka, zabito, przygrzano i ugarnirowano
Na srebrnym półmisku.
Zwykle kończą w radcach handlowych,
A najprzebieglejszą ość posyłają
W niewłaściwe gardło.
Wreszcie sądzę, że ich dusze
Niczym kołatki,
Trenują przysiady. - - -
Tak, a poza tym nic innego
Nie poruszyło mnie, ani nie zasmuciło w Cassel.

Chartres

Witraże, witraże,
Witraże, witra...
Wysoko wśród belek stropowych katedry
Moi przyjaciele dostrzegli wiele duchów.
Ja zobaczyłem tylko jednego kosmopolitę,
Nieśmiertelnego, takiego, co radości bożej pełen,
Co nie gnieździ się tylko po katedrach,
Ale siedzi także i w forsie, i w pięści,
I w kuksańcach, i w pomarańczowych skórkach,
Albo zresztą gdzie tylko kto chce.
Pewien profesor, co w życiu zawodowym
I wśród swoich
Zawsze odgrywa pierwsze skrzypce
Wiedział, kto to wszystko zbudował, jak i po co,
I poprosił znajomych, aby poprosili go o wyjaśnienie.
Wówczas mógł płynnie, jasno i sensownie
Wykładać o kamieniach, kolorach i kształtach.
A kiedy stanęliśmy przed pięknymi witrażami,
Ja na szczęście znalazłem się daleko od nich.
Przecież przyglądałem się długo
Kościelnemu - poza tym zaciekawiło mnie,
Jak sprytnie zaczaił się ten facet
Z żelaznym drągiem i drewnianym chodakiem
Na pewną mysz.
Och, a ona zabłąkała się
Ze strachu. - Lecz nie można wcale zapominać,
Że myszy często bez szacunku i bez wstydu
Nadgryzają biblie, aksamity i nosy Chrystusów.
Mimo to ucieszyłem się
I to niezmiernie,
Kiedy mysz kościelna umknęła kościelnemu.

Chodź i zwierz mi się zaraz ze swojego zmartwienia

Skowronek śpiewa w kominku,
Jeśli posłuchasz uważnie.
Berliński policjant cię zwinie,
Jeśli podpadniesz.

W fałdach zmiętego koca
Skarży się czyjeś oblicze,
Jeśli je wzrok twój dostrzeże.
Strażnik więzienny wystrzeli,
Jeśli mu zbiegniesz, frajerze.
Ja w chojractwo nie wierzę.

Daleki kraj przywołuje
Pewnego drewna woń.
Góry suną przez nieba błękit,
Wiatr jak matka głaszcze twą dłoń.
Ta zupa przypomina stęchłej sadzawki toń.
Ziemia ma twarz przyjazną,
Widoczną z oddalenia.
Chodź i zwierz mi się zaraz ze swojego zmartwienia.
Że niby chcesz być bogaty? - To dlaczego nie jesteś?

Smętny dzień

W domu zawodziły kobiety:
Martwe dziecko było białe, jak kreda.
Tylko z bratem wyruszyliśmy w morze.
Tej pogodzie zawierzyć się nie da.
Spłakani łowiliśmy dzień cały.
Ryby nie brały.

Tęsknota za Berlinem (1929)

Morderstwo [Messermord] (mal. J. Ringelnatz)
Morderstwo [Messermord] (mal. J. Ringelnatz)


Berlin przerasta sam siebie,
Ma dowcip niezmierzony,
A mnie się marzy go przywdziać
Jak piękne pantalony.

Miałbym go wówczas na sobie
Przez całe me wędrowanie.
Berlinie, tęsknię za tobą,
Wyjdźże mi na spotkanie!

Człowiek, co...

Człowiek, co czyści mi buty
Na przydworcowym skwerze
Wieczorami tramwajem odjeżdża
I zwykle dziewczynę swą bierze.

Jakże bardzo chciałbym tej małej
Sam nieraz wyczyścić buty,
Lecz ona na to powiada: "Pan baron
Jest strasznie zepsuty."

Mnie osobiście ten tytuł
Wydaje się z sensu wyzuty.
Mimo to podwyższyłem napiwek
Człowiekowi, co czyści mi buty.

Wszędzie

Czarodziejska kraina jest wszędzie,
Wszędzie istnieje też życie,
W pasku podwiązek mej ciotki
I gdzie jeszcze tylko dojrzycie.
Wokół zapada ciemność.
Synowie zostają ojcami.
Nagle przelotnej śmierci
Dopada nas konieczność.
Wszędzie wokół jest wieczność.

Jeśli na ślimaka chuchnąć,
Zaszyje się w skorupki ciszy.
Jeśli go w koniaku zanurzyć,
Zobaczy białe myszy.

Piosenka na dobranoc

Chcesz jeszcze na nocniczek?
A może soczku łyczek?
Albo kiełbaski prztyczek?

Główkę sobie skłoń.

Na dworze noc mamy czarną,
Obcą, zimną i złą.
Złóż swoje łapki małe,
A dobra bozia pogłaska koszulkę twą.

Musisz dobrze wypocząć!
Śnić sny!
Jestem tu, twoja matka, mama,
Zmęczona jak ty.

Już nie gadamy -
O nic nie pytamy -
Nic nie pamiętamy -
Oczka zamykamy.
Grzecznie w poduszkę wpadamy:
Poduszka oddycha, jak ty.

Wrona

Wrona się śmieje, bo wrona wie,
Czym strachy na wróble straszą.
I jeszcze wie, że gorszy ma smak
Niż kurczak z curry i z kaszą.

Wrony kichają i najchętniej bywają
Hen, w ustroniu pod lasem.
Wrony stawiają znaki runiczne
Własnym trawiennym kwasem.

Wrona jest lekko ironiczna,
Umyka w aurze godności,
A na mój widok oko puszcza,
Lecz bez poufałości.

Na przyjazd M. do Berlina

Rankiem, kiedy wjedziesz do Berlina,
Ja będę tam, gdzie trzeba,
A ty pomyśl o chmarze szpaków
Do Afryki lecących wzdłuż nieba.

Nocna podróż to utrapienie,
Niech więc będę jak brzask letni za oknem,
Kiedy wreszcie po długim czekaniu
Twoich drogich rąk dotknę.

Witaj w mieście! Do dźwigania twych waliz
Zaraz oddam całego siebie.


W nowym miejscu powiem ci od nowa:
Żadnej innej tak nie lubię, jak ciebie.

Wężyk

TEXT + KRITIK


Zbliżył się wężyk do diabła
Całkiem cicho i skromnie.
Diabeł ujął go w dłoń
I pogłaskał.
Chciał, by wąż cierpiał ogromnie.

Zbliżył się wąż do aniołka,
Złożył pokłon
I natychmiast miał odejść.
Anioł chciał mu zadać cierpienie,
Więc nabożnie
Wyszeptał:
"Podejdź!"

Darować

Daruj dużo, czy mało,
Ale zawsze stosownie,
Byś - kiedy dar twój
Zważą -
Poczuł się godnie.

Daruj lekko, swobodnie,
Daruj też to, co jest w tobie,
Swoje myśli,
Swe gusty, swój żart,
A doświadczysz radości
Ze swej własnej hojności.

Daruj bez kalkulacji,
Bez wielkiej kombinacji,
Wiedz, że twój dar
To ty.

Ofiary bilardu

Zmarł grając w bilard, przy ostatnich sztosach.
Aniołowie go unieśli prosto w niebiosa.
Raptem na Abrahama łonie znalazł się jak nowy
Kawałek błękitnej kredy i kij bilardowy.
Więc Abraham uderzył w impulsie swawolnym
Oddalonym księżycem w gwiazdy dookolne.
Lecz niebawem zaprzestał zabawy szalonej,
Gdyż niebo nie jest żadną bandą otoczone.
Cisnął więc ze wściekłością tym kijem o ziemię,
A kij pewną staruszkę trafił prosto w ciemię.
Staruszka pochodziła z innej okolicy i przez czysty przypadek stała na ulicy.
Więc gmina niewysokie fundusze zebrała i nieznaną staruszkę skromnie pochowała.
A o piorunie, co często niszczy to i owo
Do miejscowej gazety dotarło to słowo:
Że błyskawica nieznaną Cygankę zabiła,
Co cudzy kij bilardowy niecnie przywłaszczyła.

Ciekawe, czy w Afryce, tam, gdzie Nil się wije
Ludzi też zabijają bilardowe kije?

Paciorki dziecięce

Pierwszy

Dobra boziu, ja już leżę w łóżeczku.
Wiem, bo się ważę co chwileczkę,
Że przybywa mi po dekagramie.
Daj dużo zdrowia tacie i mamie.
Jestem tylko małym kartofelkiem,
Niech więc gniew twój nie będzie wielki.

Drugi

Dobra boziu, dobrej nocy ci życzę.
Jeszcze tylko siądę na nocniczek,
Bym spokojnie mógł o tobie śnić.
We śnie ujrzę niebieskie polany
Niczym widok z Brandenburskiej Bramy
Na lipowych drzew sznur.
Wysłuchaj mnie z sympatii gestem,
Bo już naprawdę duży jestem.

Trzeci

Dobra boziu ze swym synem Chrystusem,
Ja gramofon koniecznie mieć muszę.
Jestem bardzo niegrzecznym dzieciakiem,
Bo mój stary jest okropnym pijakiem.
Daruj, że tak bardzo ziewać lubię
I spraw, że się w życiu nie zgubię.
I daj jeszcze, by nie zmarli mi rodzice,
A babci zębów życzę.

Z mego dzieciństwa

Tatusiny skarb, mamusiny pieszczoszek,
W przytulnym pokoiku tyle wzruszeń.
Baba jaga, droga ciocia Rózia,
Ciastek smak niczym lep na muchy.

Kiedy ja z obżarstwa ciastka zwracam,
Brat ze śmiechu kwiczy, niczym prosię,
Kiedy kwiczy, tłucze także siostrę,
Tym tłuczeniem denerwuje mamusię.

Kiedy mama robi się nerwowa, wówczas tata zaczyna przeklinać.
Słysząc przekleństwa tatusia, ciocia Rózia sięga do wina.
Kiedy ciocia Rózia pije, mnie natychmiast częstuje ciastkami:
Kiedy ja dostaję ciasteczko, no to dalej wiecie już sami.

Joachim Ringelnatz

I co potem?

Gdzie się podzieje to,
Co z nas ujdzie w ostatniej porze?
Będziemy niczym wiatr gnali -
Czy tak być może!?

Czy powiew nasz będzie oczyszczał?
Wszystkich ludzi poznamy twarze.
Każdy przejdzie przez nas bez trudu,
A prawdy nic im nie wskaże.

Będziemy grozić i straszyć
Pomrukiem burzy,
Obracać skrzydła wiatraków
Małych i dużych.

Lecz czy spotkamy się znowu
Z tymi, co odeszli przed nami?
My, niepochwytne wiatry?
Czy giąć i prostować będziemy
Tych, co się zwą potomkami?

Czy łaska boża na końcu okaże się niezmierzona?
Taka, co wszystko przebacza?
Czy tak być może? - Być może!

Znalazłem jedną rękawiczkę

Kiedy zgubiłem jedną,
Drugą zaraz wrzuciłem do ognia
I natychmiast poczułem, żem zbiedniał.
Świńska skóra jest taka kosztowna.

Kiedym odnalazł tę pierwszą,
Shake hands, ty niecnoto niczyja!
Z twoim spalonym rodzeństwem
Stanowiliśmy mocny triumwirat.
Jacyśmy byli wówczas bogaci i możni,
A jacy dzisiaj jesteśmy litości godni.

Jesień na rzece

Prąd znosił po wodzie rozsiane,
Opadłe z drzew listowie. -
Pomyślałem wówczas o starcach,
Nikt odchodząc skargi nie powie.

Liście krążyły w pospiechu
Wiatrem gnane i wirem,
Jakby umykały przed czymś, a potem się topiły. - -

Jak każdy po wielkich przeżyciach
Na jeszcze większe się bocząc,
Pragną tylko jednego, wiecznie odpocząć.

Jak też może wyglądać?

No więc kto mógł wymyślić
Formularz podatkowego zeznania?
Czy płodząc
Ten niesłychany wprost mętlik,
On był całkiem - - - czy kompletnie - - proszę pana?

Czytasz ten tekst i dumasz. I zaraz robisz się markotny.
I autorowi wciąż wymyślasz od bydlaków.
I lekturę od nowa rozpoczynasz. Nagle
W głowie ci świta : "dom wariatów".

Tylko dla niego, czy dla ciebie? - Humor gaśnie.
Człowiek, co ten tekst napisał,
Cóż on chciał ukryć, co wyjaśnić?
Chyba o marnotrawstwie czasu nic nie słyszał.

Nic nam tu jego tropu nie odsłania,
A on z pewnością chce pozostać wierny sobie.
Wyryjmy więc formularz podatkowego zeznania
Na jego własnym grobie.

Czy wiesz?

Diogenes


Kiedy dziewięciooki dziecko spłodzi
Z tysiącnogą, jak ono będzie patrzeć?
I jak chodzić?
Tego naprawdę nie wiem. A co z tobą?

I czy wiesz, że kiedy cień aeroplanu
Pada na domy, drzewa, hale,
Na ludzi, zwierzęta, czy wodę,
Nie stawiają mu oporu wcale?

Każdy wie, czemu wśród listowia
Piękny pająk swoją piękną sieć przędzie.
Ale co milczenie bliźniego
Ante i post factum
Znaczyć będzie?

Wewnętrzne światy

W gronie przyjaciół i dobrych znajomych
Może cię spotkać każda nieprzyjemność. -

Czy bodaj raz słoniowi morskiemu
Zajrzałeś w oko ciemne??

Ciasnota czasem jest bezkresna,
Sięga w najdalsze nawet otchłanie. -

Jeśli się kiedyś posprzeczamy,
Aniołkowi przekaż problem, kochanie.

Tłum. TERESA KOWALSKA

Ten artykuł pochodzi z wydania: